niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 5

Kolejna data... to i tak bez sensu


        Drogi Powierniku !


         Niech mnie ktoś zabije. Niech mnie ktoś zabije, bo dłużej już nie wytrzymam. Dlaczego ja go nie wyrzuciłam z domu jak była ku temu okazja? Hmmm... może dlatego, że jestem pierdoloną altruistką i myślę tylko o innych. I tradycyjnie to się źle dla mnie skończyło. A mój "chłopak" może czuć się trupem. Jak tylko wytrzeźwieje.
       
           Co się stało? Otóż mój najukochańszy "chłopak" po trzech dniach mieszkania razem (tak, wiem, miałam go wyrzucić następnego dnia rano, ale nie potrafiłam) postanowił zorganizować imprezę dla najbliższych znajomych. Nic bym w tym strasznego nie było, gdyby nie to, że on ma około 100 najbliższych znajomych. A ja nie mam już m.in. telewizora. On jest po prostu bezczelny. Obiecałam dać mu szansę, a on ją zmarnował. Najgorsze jest to, że pomimo tego, iż mam ochotę go zabić nie zmienia to moich uczuć do niego. Tak, ja coś do niego czuję. Tak, jest to nienawiść, ale Ty pewnie nazwałbyś to miłością. Powiedz mi jak to się stało, że się tak wkopałam? Jak to się stało, że zaczynam mieć coś na kształt uczuć? I najważniejsze: POWIEDZ MI, DLACZEGO ZACZYNA MI SIĘ TO PODOBAĆ?!

           Z dnia na dzień dzieją się ze mną coraz gorsze rzeczy. Pozwoliłam "rozbić" skorupkę, w której kryłam się przed światem. W ciągu czterech dni z pozornie silnej osoby stałam się słabsza niż kiedykolwiek. W ciągu czterech dni uzależniłam się od jego obecności. I po co mi to było? Przynajmniej jedna rzecz się nie zmieniła - dalej wmawiam wszystkim (z sobą na czele), że nie chodzę z Sergio i że on nic dla mnie nie znaczy. Popadam w paranoję. Chęć uwierzenia, że jest tak jak twierdzę przysłania mi już wszystko. I mimo, że niby przyznałam się przed Tobą, że jest inaczej, nie zmieniło to mojego myślenia. Ja wiedziałam, że uczucia nie niosą z sobą nic dobrego. Gdyby ktoś przyszedł do mnie, jako do psychologa z takim problemem  w mig znalazłabym rozwiązanie. Dlaczego więc nie potrafię poradzić sobie z własnymi problemami? Dlaczego w ciągu tych czterech dni aż pięć razy płakałam? Powoli staję się cieniem samej siebie. Powoli uzależniam się od obecności Sergio w moim życiu. Powoli szukam w sobie siły, żeby mu to powiedzieć. Powoli zaczynam tego żałować. Dlaczego robię wszystko powoli? Bo nie mam siły! Bo jestem słaba! Bo do problemów prywatnych doszły zawodowe. Bo nie umiem pracować z młodzieżą. Bo na samą myśl o kolejnym dniu, o kolejnej chwili zaczynam się bać. Bo potrzebuję się do kogoś przytulić. Bo wszystko straciło sens. Bo liczy się tylko on...

           Wczoraj prezes wziął mnie na dywanik. Okazało się, że tak bardzo podoba mu się jak radzę sobie z pierwszym zespołem (musi chyba mocniejsze okulary zakupić), że mam robić to samo w Castilli. Ale to nie wszystko- mam opracować test sprawdzający, czy dany zawodnik nadaje się do gry w pierwszej drużynie. Ciekawa jestem jak to zrobię, skoro nie mam nawet siły o tym myśleć. Nie nadaję się też do pracy z drugą ekipą. Nie potrafię patrzeć na ich ciężką pracę ze świadomością, że 90% z nich nigdy nie zagra w pierwszej drużynie. Oni tak  bardzo się starają, za te koszulkę, za ten klub są gotowi oddać życie. A czasami są po prostu za słabi na pierwszą drużynę. Nie bójmy się tego stwierdzenia. Real Madryt to klasa sama w sobie. Najbardziej boli mnie to, że nie wszyscy są za słabi. Mamy przecież w szkółce tyle perełek, które obecny trener zaniedbuje. Dlaczego nic z tym nie zrobię? A co ja mogę? Trener mnie nienawidzi (z wzajemnością). Gdyby nie "słabość" prezesa co do mojej osoby, już dawno bym straciła pracę.

          Znowu płaczę. Teraz nawet się z tym nie kryję. Ponoć to ludzkie. Z drugiej strony wszystko, co ludzkie jest mi obce. Bynajmniej zwykle tak twierdziłam. Czy teraz tak twierdzę? Teraz sama nie wiem, co twierdzę. Tak bardzo bym chciała, żeby to był zwykły koszmar. Żebym po obudzeniu się nic nie pamiętała. Żeby powróciła silna Francesca. Żebym przestała tęsknić za obecnością Sergio. Żeby Cesc się na mnie nie fochał. Żeby chłopaki byli tacy jak dawniej. Wiem, dużo wymagam. Za dużo. Tylko moja bezsilność mnie przeraża. Przeraża mnie fakt, że jedyne czego pragnę to przytulić się do Sergio. To ostatnie, gdybym tylko wyraźnie okazała, otrzymałabym w nadmiarze. Czy tak ma dalej wyglądać moje życie? Czy dalej będzie ono groteskowe? Czy kiedykolwiek wszystko się ustabilizuje? Mam już dość "niespodzianek". Chcę tylko spokojnego życia. Najlepiej u boku Sergio. Ja się chyba kurwa mać zakochałam! A tak bardzo nie chciałam do tego dopuścić. A tak bardzo chciałam tego uniknąć. I to wszystko przez ten głupi wieczór panieński! A teraz w sobotę jest ślub. Miałam nie iść, ale Sergio nie odpuści imprezy. Na samą myśl, że tańcząc, będę w jego ramionach chce mi się rzygać od tej słodkości i cudowności. To takie kurwa mać romantyczne. Tak romantyczne, że aż mdłe. Ale właśnie tej romantyczności potrzebuję.

           Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że jedno moje zdanie zaprzecza drugiemu. Że chcę czegoś innego niż robię. Dopuściłam do głosu podświadomość. Wyszło na jaw, że nie jestem silna z natury, tylko to była cecha nabyta Wyszło na jaw, że nie jestem samowystarczalna. Wyszło na jaw, że ja też mam problemy. Jak z powrotem to ukryć? Co musi się wydarzyć, żebym znowu była silna? A może stanę się silniejsza, gdy poczuję, że ktoś mnie kocha? Jeżeli tak, to szybko się to nie stanie. Jeszcze nie znalazł się taki desperat, co byłby w stanie mnie pokochać. Sergio chodzi tylko o seks, nie oszukujmy się. Jest jeszcze Cesc, z którym też nic prócz seksu praktycznie mnie nie łączy. Jeżeli by na to spojrzeć szerzej, moje życie sprowadza się do pomagania teoretycznie słabszym i seksu. Jestem strasznie ograniczona, mimo, iż chyba nie wyglądam. Jestem naprawdę beznadziejna. Dlaczego więc wcześniej myślałam, że jest inaczej? Głupia byłam i tyle. Dobra, czas wziąć się w garść, bo zaraz Sergio się obudzi. A czego jak czego, ale przyjemności wynikającej ze krzyczenia na niego sobie nie odmówię.

piątek, 8 lutego 2013

Rozdział 4


Kolejna data, godzina i miejsce.

Drogi powierniku!

          Jestem tak wściekła, że nie wiem czy zdołam dokończyć opisywanie sytuacji. Mam "chłopaka". I to jakiego! Zawsze narzekałam na samotność, ale po stokroć wolałabym to od NIEGO. Ja go przecież tak bardzo nienawidzę! A bynajmniej chciałabym nienawidzić... Oj bo sama już nie wiem, jak to ze mną jest. Z jednej strony działa mi na nerwy, a z drugiej skoro już jest... to dobrze, że jest. Powinnam się zdecydować, czy go nienawidzę czy nie. A nienawidzę go tak bardzo, że... Pamiętasz to wcześniejsze wyznanie, iż miłość jest tylko silniejszą formą nienawiści? To sam sobie dopowiedz jak bardzo go nienawidzę. Jejku co ja wypisuję... Jak on mnie omotał... W dodatku dokonał czegoś, czego nie był w stanie dokonać nikt inny, ale może wszystko po kolei.

          Nie chce mi się przytaczać dokładnej końcówki naszej wcześniejszej rozmowy, ale generalnie chodziło o to, iż on uparł się, że jesteśmy parą, bo wyczytał tak w gazecie. I w tym momencie nasunęła mi się refleksja "od kiedy on umie czytać?". Jako, że cała rozmowa odbywała się w progu zaprosiłam go do domu, bo mi się zimno nieco zrobiło. Przeprosiłam go na chwilkę i poszłam wysuszyć włosy. Gdy wróciłam, on rozsiadł się wygodnie na kanapie, podjadając moje ciasto. Do treningu mieliśmy jeszcze dwie godziny, więc postanowiliśmy wyjaśnić sobie kilka spraw. Ta rozmowa nie przyniosła żadnych konkretnych korzyści, a wręcz odwrotnie. Sergio tak się "zapalił" z tymi czułymi słówkami, że nazwał mnie "Różyczką". I wtedy coś we mnie pękło. Do oczu napłynęły mi łzy, po raz pierwszy od prawie dwóch lat zaczęłam płakać. Przypomniał mi się tata, który zawsze mówił, że jestem jego Różyczką. Pamiętam jak zawsze mnie to wkurzało, bo nigdy nie lubiłam takich pieszczotliwych określeń. Siedziałam przed Sergio ze łzami w oczach i miałam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Chciałam, żeby mnie przytulił, czy coś, a on tylko siedział nieruchomo, wpatrując się we mnie tymi cudnymi oczami. (Chyba naprawdę coś się ze mną dzieję, skoro komplementuję tego pajaca.) Po kilku minutach, gdy przeszło mi na tyle, że mogłam już spokojnie się wytłumaczyć z tej chwili słabości, on ocknął się z transu, podszedł do mnie i objął mnie. Skorzystałam z okazji i wtuliłam się w niego mocno. Zaciągałam się jego zapachem jak pojebana. Przy nim czułam się tak bezpiecznie... Mogłam choć na chwilę przestać być silna, poczułam się jak mała, zagubiona dziewczynka, którą przerosło życie. Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy i musieliśmy jechać na trening. Podziękowałam mu za wszystko, zaznaczając przy tym, że jednak bądź, co bądź parą nie jesteśmy. Jak zwykle mnie nie posłuchał i wpakował do swojego auta. "Pięknie, teraz na pewno powiedzą, że jesteśmy razem"- pomyślałam, po czym usiadłam skulona na przednim siedzeniu. Dobrze, że przynajmniej o strój dbać nie musiałam - ubrana byłam w treningowe dresy i koszulkę z numerem 4. Zaraz, zaraz... z numerem 4? Nie zwróciłam wcześniej na to uwagi, ale Sergio najprawdopodobniej podmienił koszulki... Ja go zabiję! Jak tylko skończę to opisywać.

          Całą drogę na trening przesiedziałam skulona, patrząc w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Docierały do mnie poszczególne dźwięki, lecz ignorowałam wszystkie za wyjątkiem tych, które wydobywały się z ust Sergio. Chyba wpadłam. Najprawdopodobniej znienawidziłam go najbardziej jak tylko się da. Chociaż wiem, że on sobie pewnie ze mnie jaja robi... Dotarliśmy do Valdebebas, gdzie przywitały nas "tłumy z aparatami". Teraz to już na pewno się nie wymigamy- jutro cały świat obiegną zdjęcia jak wysiadam z jego samochodu. Jemu widocznie to nie przeszkadzało, bo próbował złapać mnie za rękę.
          - Pamiętaj o naszej rozmowie- warknęłam do niego, po czym odsunęłam się od niego na odległość 10 kroków. Z liścia dałam mu już w budynku, żeby nie wywoływać skandalu. Jak już wspominałam, nie lubię być w centrum zainteresowania. Wystarczy, że chłopaki z drużyny mają nas za pełnoprawną parę. Tylko Rafa mi wierzy, tylko on rozumie, że jest inaczej. Tak więc całą godzinę próbowałam przetłumaczyć gwiazdeczką, że nadal jestem singielką. Na pewno nie pomagał mi w tym Sergio, zaprzeczając wszystkiemu, co mówiłam. Zmarnowaliśmy tylko czas, który miałam poświęcić na zacieśnienie więzi pomiędzy nimi.

           Z racji tego, że nie przyjechałam swoim samochodem musiałam czekać 2 godziny, aż Sergio skończy sesję na siłowni i odwiezie mnie do domu. Teraz, żałuję, że nie zamówiłam taksówki. Po treningu przywiózł mnie do domu, wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że on... postanowił ze mną zamieszkać, a ja nawet nie miałam siły, żeby mu odmówić. Postanowiłam, że jutro porządnie go zjebię. Nie minęła godzina odkąd się "wprowadził" a już czuł się w pełni jak u siebie (swoją drogą-wstyd mi, że to piszę- mógłby częściej chodzić bez koszulki, bo co jak co, ale ciało to on ma nieziemskie). Jego uwagę przykuła niby zwykła kartka papieru oprawiona w ramkę, wisząca nad kominkiem. Był to "akt ślubu", który zawarłam z Cesciem na koloniach. Tak, "wyszłam" za  TEGO Cesca, Cesca Fabregasa. Dzieci nie mieliśmy, choć nie powiem, że nie próbowaliśmy. To właśnie jemu oddałam to, co mam najcenniejsze i nie żałuję tego. Do tej pory się przyjaźnimy, może nie tak jak kiedyś, ale zajmuje on ciągle miejsce w mym sercu. Zawsze wszyscy się z nas, śmiali, bo wiesz Cesc i Cesca to tak śmiesznie brzmi, a my już od lat 7, gdy się spotykamy, jesteśmy praktycznie nierozłączni. Obok "aktu ślubu" wisiała fotografia z tegoż ślubu. Ja, w domowym stroju Realu,  on w stroju Barcelony. Byliśmy idealnym przykładem na możliwość przyjaźni "Culé" i "Merengue". Co ja piszę, jakie "byliśmy", do tej pory jesteśmy. Odkąd Cesc znowu gra w Barcelonie, mamy taki swój tajny rytuał przed każdym GD, nie powiem Ci o co w nim chodzi, ale powiem, że są to dłuuuuuuugie noce. Z resztą tak samo jest na zgrupowaniach, gdzie ostatnio przeżyliśmy ciekawą hmmm... "przygodę". Ale o niej opowiem później, bo muszę pościelić Sergio w gościnnym. Do sypialni go przecież nie wpuszczę, bo kto wie jak to się skończy. Nie, żebym tego nie chciała, ale boję się, że któreś z nas (Sergio) odbierze to jako przypieczętowanie "związku", którego nie ma. Jeszcze nie ma...

czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 3

Kolejna data. Kolejna godzina. Tym razem inne miejsce

Drogi Powierniku !

          Nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust. Przysięgam. Tym razem serio. Zawsze moje "libacje" źle się dla mnie kończyły, ale nigdy nie aż tak źle. Coś czuję, że do końca życia popamiętam tę imprezę. Czuję się taka... nie potrafię tego określić. Może, gdy opowiem Ci wszystko od początku dojdę do ładu i składu z moimi emocjami. A zaczęło się to tak...

          Odstawiona jak szczur na otwarcie kanału, oczywiście spóźniona dotarłam w końcu na miejsce. Myślałam, że Dolores wynajmie cały klub, lecz ona pokusiła się "tylko" o lożę dla VIP-ów. Już na wejściu skupiłam na sobie wzrok kilku mężczyzn. Właśnie o to mi chodziło, dlatego ubrałam się tak a nie inaczej. W czarnej, skórzanej mini i złotym gorsecie prezentowałam się świetnie (nie moje słowa). Całości dopełniały fioletowe szpilki i srebrna torebka. Prawie całkowicie zrezygnowałam z biżuterii, założyłam jedynie mój ulubiony naszyjnik z koroną. Po miłym przywitaniu z dziewczynami i krótkich ploteczkach wyruszyłyśmy na parkiet. Pierwsze 2 piosenki przetańczyłyśmy razem, potem każda z nas znalazła swojego partnera. Mój był wysoki, umięśniony i miał czarujący głos. Nie dowidziałam rysów twarzy, bo wtedy na pewno domyśliłabym się, że to ON. Przetańczyliśmy kilka piosenek, po czym poszliśmy czegoś się napić. Nawet nie zauważyłam, gdy z jednego drinka zrobiło się siedem. Mój organizm nie przyjął tego za dobrze, tak więc każda próba odejścia od baru kończyła się zawrotami głowy. Piłam coraz więcej, a ostatnie co pamiętam to to, że mój przystojniacha obiecał, że po imprezie odwiezie mnie do domu. Nie odwiózł mnie do domu, a wręcz zabrał do hotelu, gdzie rankiem przeżyłam piekło.

          Obudziłam się w ekskluzywnym hotelu, okryta jedynie prześcieradłem i przytulona do Ramosa. Próbowałam wstać, lecz kac morderca nie odpuścił i szczytem moich możliwości było podniesienie się do pozycji siedzącej. Rozejrzałam się po gustownie urządzonym pokoju. Wszędzie walały się moje i jego ubrania.  -Ja...on...wczoraj...Boże...- pomyślałam, po czym jeszcze szczelniej owinęłam się prześcieradłem. Przez moją głowę przewinęło się tysiące myśli. Próbowałam sobie przypomnieć co się wczoraj działo, ale film urwał mi się przy barze. Jak ja mogłam być tak głupia i nie zauważyć, że on to on. Przecież ten głos... Ja wiedziałam, że skądś go znam, że gdzieś już go słyszałam. Jak to się stało, że go nie rozpoznałam? Jak to się stało, że ja się z nim dobrze bawiłam. Przecież ja go nienawidzę! Muszę zapomnieć o tym, co się stało, ale przy nim to niemożliwe. Po co ja szłam na tę imprezę? Od początku wiedziałam, że to się nie skończy dobrze. Jestem beznadziejna.

          Jeżeli myślisz, że na tym historia się kończy to grubo się mylisz. To dopiero początek. Dzisiaj skoncentruję się na faktach. Muszę to z siebie wyrzucić. Uczuciami zajmę się kiedy indziej.
Zdołałam się jakoś zwlec z łóżka, ubrać się i dotrzeć do domu. Była godzina 12, więc do popołudniowego treningu miałam jeszcze sporo czasu. Próbowałam pozbierać myśli, biorąc gorącą kąpiel z moim ulubionym francuskim olejkiem. Tę czynność przerwał mi dzwonek do drzwi. Niespecjalnie się śpiesząc, ubrawszy się, poszłam zobaczyć kto mnie odwiedził. Widok tej osoby pod moim domem sprawił, że załamałam się do końca.
          -Witaj Słoneczko- chciał mnie pocałować, ale się odsunęłam. Po kiego grzyba on tu przyjechał? Cały mój w miarę znośny humor ulotnił się tak szybko jak zapach mego olejku. Ughhh! Jak ja go nienawidzę.
          -No cześć. Po pierwsze: nie całuj mnie. Po drugie : nie nazywaj mnie 'Słoneczkiem'. Po trzecie: czego chcesz? - odpowiedziałam w swoim stylu, czyli opryskliwie. Niech sobie nie myśli, że skoro po pijaku się z nim przespałam, to coś z tego wyjdzie. To była jednorazowa przygoda, jakich wiele.
          -Coś Ty kochanie taka chamska?- Ludzie trzymajcie mnie, bo myślałam, że go tam uszkodzę. Jakim prawem on nazywa mnie swoim kochaniem, ja się pytam?
          -Nie mów tak do mnie ! I nie chamska tylko normalna. - Tylko lata praktyki sprawiły, że zachowałam spokój.
          -Ale skarbie, skoro jesteśmy razem, to chyba naturalne, że będziemy się do siebie czule zwracać moja Kiziu-miziu. - W tym momencie przesadził. Że niby ja z nim razem? Ktoś tu nadużywa alkoholu/narkotyków/innego cholerstwa (niepotrzebne skreślić). Aż się zapowietrzyłam!
          -Coś Ci się chyba pomyliło! Prędzej piekło zamarznie, niż my będziemy parą! - Wykrzyczałam. Przestałam się kontrolować. Ta informacja mnie dobiła. Przecież ja i on nie możemy być razem! Nie wytrzymałabym z takim idiotą! Nawet nie pamiętam czy jest dobry w łóżku!
- No ale zobacz, nawet w gazetach piszą, że jesteśmy razem...- pomachał mi przed oczami plikiem brukowców. Na okładce każdego z nich było nasze wspólne zdjęcie. Aż mi się niedobrze zrobiło. W ogóle dlaczego on próbuje potwierdzić swoją śmieszną teorię jakimiś gazetami? Naprawdę jest AŻ TAK głupi?!

        Muszę kończyć, bo zaraz czeka mnie "miła" rozmowa z tymi durnymi gwiazdkami. Resztę rozmowy, jak i dzisiejszy trening opiszę jak wrócę. Przepraszam...

czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 2

                                          Kolejna data. Kolejna godzina. To samo miejsce.

Drogi Powierniku !

          Mam już tego dość. Dłużej nie zniosę jego spojrzenia. Mam zamiar zrezygnować z tej pracy przez niego. Ten wzrok przeszywający mnie na wylot.... Mam wrażenie, że on chce mnie przejrzeć. Ale przecież on jest na to za głupi! Ja nie chcę nic sugerować, ale Sergio Ramos to najmniej inteligentna osoba jaką znam. Już nawet ten pajac Pepe jest mądrzejszy. I nie nazywa mnie słoneczkiem. Czy do cholery tak ciężko zrozumieć, że ja nienawidzę takich słodkich określeń? To takie 'romantyczne' a ja brzydzę się romantyzmem i tą całą sztucznością. Miłość nie istnieje, bynajmniej dla mnie. No bo spójrzmy prawdzie w oczy: kto mógłby pokochać kogoś takiego jak ja? 70 kilo żywej wagi przy wzroście 180cm, średniej długości czerwone włosy, zwykle niedbale związane w kitkę, do tego te oczy w kolorze błota... A na dodatek mój nieznośny charakter. Zbierając te wszystkie cechy do kupy, można dojść do wniosku, że osoby takiej jak ja pokochać się nie da. I ja właśnie to zrobiłam.

          Czasami zastanawiam się ile jeszcze jestem w stanie znieść. Przeżyłam przecież tak wiele, a każdy kolejny dzień przynosi nowe 'miłe niespodzianki'. Chciałabym mieć kogoś, kto byłby przy mnie zawsze
i wszędzie, komu mogłabym powiedzieć wszystko. Nigdy nie miałam takiej osoby i ciekawi mnie jak to jest mieć przy sobie kogoś takiego. Zwykle to ja byłam oparciem dla innych, w końcu to cel mojego życia. Ale ostatnio nie daję sobie rady ze swoimi problemami. To wszystko mnie przerasta. Chyba za dużo na siebie wzięłam. A może po prostu za bardzo przejmuję się słowami Ramosa...

          Chyba tracę wiarę w siebie. Determinację straciłam już dawno. Nic mi nie przynosi satysfakcji. W dodatku chyba zaczynam 'coś' czuć do tego głupka. Miłością tego nie nazwę, bo jak wcześniej wspominałam nie wierzę w to. To raczej taki szczególny rodzaj nienawiści. Owszem, działa mi na nerwy jak nikt inny i mam go dość, ale... nie umiem tego określić. Gdy go widzę jest mi tak jakoś... lepiej. Właśnie dlatego muszę ograniczyć nasze spotkania. Nie mogę się od niego uzależnić. A może nie chcę... Sama już nie wiem. Pogubiłam się już w tym, co robię, myślę, mówię i czuję. Może dlatego tak ciężko mi cokolwiek zdziałać? Chcę pomóc całemu światu, a przerastają mnie własne problemy. Nie jestem dobrym psychologiem. Może powinnam sobie zrobić mały urlop? Nie, to tylko pogorszy sprawę. Przecież ja nie wytrzymam bez chłopaków. Mimo tego, że tak często na nich narzekam, mimo tego, że działają mi na nerwy, to oni nadają sens memu życiu.

           Muszę przestać tak się nad sobą użalać. Dzisiaj idę na wieczór panieński. Nie lubię tego typu imprez, ale obiecałam znajomej, że przyjdę. Na ślub nie pójdę, bo nie mam z kim, więc przynajmniej na panieńskim się pojawię. Muszę się tylko jakoś pozbierać. Zapomnieć o tym, że jestem sama, że nikt mnie nie kocha, przywdziać maskę osoby zadowolonej z życia i się bawić. Ciekawe czy jeszcze pamiętam jak się to robi? Czy jeszcze potrafię skutecznie maskować mój ból? Nie chcę przecież psuć im zabawy swoimi żalami i humorkami. Może powinnam zostać w domu? Z drugiej strony nie chcę, aby się obraziła. Dzisiaj jest jej dzień, a ja nie mogę jej go zepsuć. Nie wybaczyłabym sobie tego. Fakt, nie jest mi ona szczególnie bliska, ale nie potrafię żyć ze świadomością, że kogoś zraniłam. Wystarczy, że ja cierpię...

          Żeby nie było zbyt kolorowo ta banda debili znowu prowadzi 'wojnę'. Przecież od dobra drużyny ważniejsze jest to, dlaczego Iker nie głosował na Ronaldo w Złotej Piłce. Nie zagłosował, to nie zagłosował. Koniec tematu. Niestety nie dla nich. Jak tak dalej pójdzie to ja się wykończę. Niektórzy piłkarze, ja nie chcę wymieniać z nazwiska, nie przepadają za mną tylko dlatego, że jestem Hiszpanką. Zdumiewające jak szybko oni zepsuli coś, nad czym pracowałam ponad rok. I weź tu się na takich nie wściekaj. Znowu będę musiała zaczynać wszystko od początku. Najgorsze jest to, że do nich już nic nie przemawia. Każdy z nich uważa siebie za tego najważniejszego, a młodzi są ślepo zapatrzeni w kapitanów. Przed kamerami zachowują się jak najlepsi przyjaciele, a gdy tylko znikną za drzwiami szatni są gotowi się pobić. I to mają być dorośli, odpowiedzialni ludzie, często głowy rodzin? Większość z nich (no dobra, chodzi mi o Ramosa) jest na poziomie intelektualnym przedszkolaka. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że nie tylko w naszym klubie tak jest. Moje skromne doświadczenie z reprezentacją, pozwoliło mi zaobserwować jak zmienia się ich zachowanie. No bo jak to jest możliwe, że reprezentacja jest faktycznie jedną, wielką rodziną, a po powrocie ze zgrupowań każdy z każdym się gryzie? Nie wiem, ale się dowiem. Być może to jest klucz do naprawienia relacji pomiędzy zawodnikami.

niedziela, 6 stycznia 2013

Krótki wstęp + Rozdział 1

Hej.
To moje pierwsze opublikowane opowiadanie, więc liczę na szczere opinie i komentarze. Opowiadanie ma formę bardzo osobistego pamiętnika, a bohaterów poznacie w miarę rozwoju akcji. 
Miłego czytania :)


*********************************************************************************

Data. Godzina, miejsce.

Drogi pamiętniku!

Nie, nie pamiętniku. Jestem za stara na prowadzenie pamiętnika. Może dzienniku? Na to jestem zbyt nieregularna. Powierniku? To chyba najlepsze określenie twej funkcji.  A więc zacznę od nowa.

Drogi powierniku!

Jestem osobą tak beznadziejną, że nie potrafię nawet wymyślić dla Ciebie nazwy. Pogubiłam się we własnych myślach, uczuciach, stwierdzeniach. Czuję, że nie jestem już tą silną Francescą, co kiedyś. Zmieniły mnie studia, praca, może pewna osoba… Nie wiem sama. Wiem tylko, że nie podobam się sobie w tej „formie”. Chcę powrotu dawnej mnie - osoby zimnej, chamskiej, nieczułej i przede wszystkim nieposiadającej jakichkolwiek uczuć.
 Posiadanie uczuć jest beznadziejne. Codziennie przekonuję się o tym wysłuchując tych durnych gwiazdeczek przekonanych, że są najlepsi na świecie. No dobra, może mają rację, ale nie muszą się z tym tak obnosić. Jeden z nich zatrudnił sobie własnego chłopca od piłek, którego główne zadanie polega na wychwalaniu jego zagrań., a podawanie piłek schodzi na dalszy tor. Inny zaś sypie „błyskotliwymi” tekstami, które bawią wszystkich oprócz mnie. Czyżby dlatego, że dotyczą mnie samej? Nie wiem. Nienawidzę tego piłkarza i tyle. Działa mi na nerwy jak nikt inny. Na jego nieszczęście trafił na godnego przeciwnika. Już nie raz udowodniłam, że długie blond włosy nie idą w parze z inteligencją. Może dlatego je ściął. Może myślał, że dzięki temu nie będę umiała mu dopiec? Jego niedoczekanie. Mi teksty nigdy się nie kończą. Niech to sobie zapamięta. Ja to się dziwię jak oni z nim wytrzymują po treningach. Ja pracuję z nimi godzinę dziennie i mam go dość. Czasem mam dość ich wszystkich. Ogólnie mam dość tej pracy. Dlaczego więc tak nalegałam na przyjęcie mnie na staż do Realu? Głupie pytanie. Kocham Real Madryt od małego, więc to logiczne, że gdy nadarzyła się okazja, aby poznać go od środka nie mogłam wybrać inaczej. Ale gdyby nie tata nigdy bym się nie zdecydowała na przyjęcie tej propozycji. To on zaraził mnie miłością do futbolu, miłością do Realu. On uczył mnie zasad piłki nożnej, a gdy zdecydowałam się na występowania w kadrze kobiecej zawsze przychodził na moje mecze. Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy zachorował.  Czerniak złośliwy kończyny dolnej. To zabrzmiało jak wyrok i to był wyrok. Przed śmiercią, tata powiedział mi, żebym zawsze walczyła o swoje, nigdy się nie poddawała i zaczęła patrzeć szerzej. Wtedy nie do końca rozumiałam te słowa, mimo, iż posiadam tytuł magistra psychologii. Teraz rozumiem. Muszę nauczyć się lepiej czytać między wersami. Wtedy odgadnięcie, dlaczego Casillas ma focha będzie dużo łatwiejsze. 
  Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy po raz pierwszy weszłam na Santiago Bernabeu nie jako kibic, a jako część sztabu. To było miesiąc po tym jak zaczęłam tu pracować. Miałam wyciągnąć z dołka drużynę, zjednoczyć piłkarzy, załagodzić konflikty. Na początku nie było lekko. Przychodziłam na treningi i miałam wrażenie, że oni nie są drużyną, tylko grupką piłkarzy, których zmuszają do gry razem. Każdy z nich uważał, że to on jest najlepszy, najważniejszy i cała gra powinna toczyć się wokół niego. Musiałam im tłumaczyć, że piłka nożna to gra zespołowa. Rozumiesz? Tłumaczyć zawodowym piłkarzom zasady gry w piłkę? Spędzałam z nimi długie godziny tłumacząc im jak ważna jest współpraca i wzajemne relacje. A ile przy tym nerwów straciłam to moje. Ale teraz jest już dobrze. Zdobycie przez nich tytułu ligowego i pobicie tak wielu rekordów pokazuje jak się zmienili. Teraz zachowują się jak jedna wielka rodzina, której poniekąd jestem częścią. Moja praca została również doceniona przez selekcjonera reprezentacji Hiszpanii. Musiałam jechać z nimi na Mistrzostwa Europy, bo jeden z piłkarzy powiedział, że przynoszę im szczęście. Ciekawi mnie jedynie kto to był.
Podjęłam się niemożliwego. Ale ja lubię takie wyzwania. Im gorszy problem tym dla mnie lepiej. Mogę wtedy poświęcić mu większą część siebie. Myśląc o problemach innych zapominam o swoich zmartwieniach. Nie lubię o tym myśleć. Nie lubię doświadczać siebie, jako OSOBY. OSOBY, która również ma jakieś pragnienia, chcenia, myśli i emocje. Żeby być szczęśliwą muszę współgrać z tym, co przeżywają inni. Nie lubię traktować się, jako OSOBĘ. Ja nie jestem kimś, kto choć żyje z innymi, jest od nich odosobniony. Moje szczęście jest uzależnione od szczęścia innych. Taka jest prawda. Bolesna prawda.
Może powinnam się zmienić. Przestać zamartwiać się innymi i skupić na sobie. Na nowo odkryć w sobie uczucia. Może wtedy widok szczęśliwej, zakochanej pary nie przyprawi mnie o mdłości. Wyszłam z założenia, że miłość nie istnieje, dlatego, że sama tak naprawdę jej nie doświadczyłam. Nie chodzi tu o miłość rodzicielską czy braterską tylko o miłość do mężczyzny. O miłość wiążącą się z pożądaniem. No, bo spójrzmy prawdzie w oczy: wszyscy moi byli nie dawali mi tego, co potrzebowałam najbardziej.  Kiedyś sam orgazm nie wystarczał. Teraz jest nieco inaczej. Ale i tak gdzieś w środku mnie jest to pragnienie miłości. Fakt, silnie tłumione przez nienawiść, ale jest. Od czasu do czasu nawet się uaktywnia. Wtedy zwykle staram się nie dopuścić go do głosu, zignorować je. Gdybym postąpiła inaczej zburzyłabym to wszystko, nad czym tyle pracowałam. Boję się, że nie byłabym już tak silna jak teraz, że wszystko by mnie przerosło.
Musiałam szybko dorosnąć. Mamę straciłam w wieku czterech lat. Powiesiła się zostawiając mnie jedynie z tatą, który sam był jak duże dziecko. Teoretycznie miałam gdzieś dwie babcie a w praktyce nie znam ani jednej, ani drugiej. Teraz, odkąd tata nie żyje jestem zdana tylko i wyłącznie na siebie. Owszem, wpoiłam chłopakom, że wszyscy jesteśmy „jedną, wielką rodziną”, ale… Czasem żeby osiągnąć efekty trzeba powiedzieć coś, co nie do końca jest prawdą. Ja nawet nie pasuję do ich rodziny. Może i łączy nas miłość do Realu czy ogólnie do futbolu, ale ja… ja nie jestem popularną osobą. Mnie to nie kręci. Dlatego zawsze, gdy zapraszają mnie na konferencje prasowe, odmawiam im. Wolę skupić się na tym, co mam do zrobienia. Muszę sprawić, aby ich więzy jeszcze bardziej się zacieśniły. To jest mój cel.