poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Rozdział 7

I znowu data,  godzina i miejsce...

Drogi powierniku!

          Od wesela troszkę się pozmieniało. Zbliżyliśmy się do siebie z Sergio i wydaje się, że wszystko jest dobrze. Jedynym minusem jest zapowiadający się tydzień bez seksu, ale wszystko po kolei. 

           Z racji tego, że pełnię nową funkcję w klubie musiałam wybrać się na Mini Estadi, na mini Gran Derbi. Byłam pozytywnie nastawiona, bo umówiłam się na spotkanie z Cescem. Teraz zastanawiam się po co mi to było. Tylko się zdenerwowałam niepotrzebnie i rozkleiłam. Ciąglę się rozklejam, a szczególnie na widok dzieci. Cały mecz przegadałam z Cesciem i wydawało się, że będzie miło. Nasi chłopcy pokonali Barcelonę 3:1 a ja mam tylko kilka siniaków na biodrach od obejmowania mnie (Cesc jest bardzo silny i mało delikatny). Wszystko było pięknie, ładnie dopóki poraz czwarty nie wyszłam do toalety (ja mam chyba jakieś problemy z pęcherzem, czy coś, bo ciągle latam siusiu). On poszedł za mną. Wszedł ze mną do środka i przyparł mnie do ściany, jak zawsze gdy miał ochotę na zbliżenie.
          -Francesc, ja mam chłopaka - powiedziałam, po czym go odepchnęłam. On sobie nic z tego nie zrobił, i znowu się do mnie przybliżył. Próbował mnie pocałować, lecz odwróciłam głowę. Nie mogłabym zrobić tego Sergio. Sama nie wierzę, że to piszę, ale dobrze mi z tym palantem i chyba zaakceptowałam to, że "jesteśmy razem".
          -Oj Francesco kochanie, jestem Twoim mężem i biorę co moje, Poza tym wiem, że Cię to podnieca. Zawsze Cię podniecał ostry seks- powiedział, całując mnie w szyję. Jego pocałunki wydawały mi się obleśne. Nie wiem jak kiedyś mogło mnie to podniecać. Jeszcze chwilę próbował się do mnie dobierać, ale czując, że nic nie wskóra postanowił sobie odpuścić i sprawdzić, czy nie ma podbitego oka. (No co, musiałam jakoś się bronić). Zastanawiam się co mu do łba strzeliło, żeby tak brutalnie się do mnie dobierać. Albo był już pijany, albo pod wpływem narkotyków, co mu się często zdarzało. Niemniej jednak postanowiłam zataić tę sprawę przed Sergio. Niepotrzebnie by się zdenerwował.


          Wspominałam już, że dzieci są słodkie, a najsłodsza jest bratanica Sergio- Daniela? Wczoraj odwiedzili nas rodzice i rodzeństwo Sergio. Ja oczywiście dowiedziałam się o tym na końcu, bo Sergio albo jest taki nieogarnięty, albo nie liczy się z moim zdaniem, gdyż postawił mnie przed faktem dokonanym. Wróciłam z pracy zmęczona, wyklinając pod nosem na Mourinho i jedyne na co liczyłam to porządny masaż. Widok jaki zastałam dalece różnił się od moich marzeń. Zamiast czekającego na mnie z winem, boskiego, na wpół roznegliżowanego Sergio, zobaczyłam jego rodziców i brata z rodziną pijących kawę z mojej chińskiej porcelany. Ja kiedyś zabiję tego idiotę! Ta zastawa jest tylko ozdobna. To pamiątka po mamie, jedna z dwóch jakie tata przechował. Gdyby coś jej się stało... Nie chciałam już robić afery przy gościach, którzy bądź, co bądź odwiedzili i mnie, więc z wymuszonym uśmiechem podeszłam się przywitać. Czułam się spięta poznając, być może, przyszłych teściów, ale nie okazałam tego. Po przywitaniu się z wszystkimi i opowiedzeniu nieco o sobie (dużo tego nie było, bo przecież "Sergio nam tyle o Tobie opowiadał") dowiedziałam się kilka ciekawych rzeczy. Otóż jesteśmy parą od pół roku (ja naliczyłam 5 tygodni, ale widocznie nie umiem liczyć), planujemy wspólną przyszłość (pierwsze słysze, ale podoba mi się ten pomysł) i   oczywiście z chęcią odwiedzimy ich w Sevilli, bo myśleliśmy nad tym wcześniej (ja nawet nie wiem gdzie oni dokładnie mieszkają, bo jaśnie pan uznał chyba, że to mało ważna informacja. Nie mniej jednak wypiliśmy białą herbatę (ja innej nie pijam, a Sergio widzę przejął ode mnie nawyk) i musieliśmy się pożegnać. Szybko posprzątałam bałagan, lekko sprzeczając się z Sergio o te wszystkie kłamstwa.

          Podczas zmywania naczyń poczułam jego gorący oddech na szyi. Sergio zaczął delikatnie masować mój kark. Co prawda nadal byłam poirytowana faktem, że nie raczył mnie łaskawie powiadomić o wizycie swojej rodziny, ale jak można się gniewać na półnagiego sportowca, z ciałem greckiego boga, z dłońmi masażysty i to we własnej kuchni ? Z moich ust wyrwało się mimowolne westchnienie, jeszcze chwila a zacznę mruczeć jak rasowy kot! (Swoją drogą czym różni się mruczenie rasowego kota od mruczenia zwykłego dachowca.) Dlaczego on na mnie tak działa?

         Z ulgą wytarłam ostatnią delikatną filiżankę i odłożyłam ją na ściereczkę. Postanowiłam że przecież mogę się dziś świetnie zabawić, jednocześnie odgrywając się na Sergio. W mojej głowie tworzył się iście szatański plan. Odwróciłam się udając że nie zauważyłam jego obecności, "przez przypadek" otarłam się o niego i ruszyłam kocim krokiem w stronę salonu, delikatnie muskając ścianę opuszkami palców. W tej chwili ten  mój "plan" wydał mi się co najmniej dziecinny. Jednak nie należę do osób które szybko się poddają. Co to, to nie! Prawdę mówiąc zaintrygowane spojrzenie Sergio zmotywowało mnie do dalszych działań. A co! Jak szaleć to szaleć!

         Pewnym krokiem ruszyłam do sypialni. Ucieszyłam się z powodu tego, że kuchnia była praktycznie naprzeciwko i nie musiałam się przemęczać. Powolnymi ruchami zaczęłam ściągać z siebie ubrania, po czym  założyłam koszulkę należącą do mojego chłopaka (mam nadzieje że czystą, bo w pokoju walało się mnóstwo jego ubrań). Dziarskim krokiem ruszyłam do lodówki, świadoma tego, że nie mam na sobie nic prócz bielizny i (mam nadzieję, że nieprzepoconej) koszulki Sergio.
          -Długo zamierzasz grać ze mną w te gierki?- spytał spoglądając na mój tyłek (a więc moje wysiłki się
opłaciły)
          -Nie mam pojęcia o czym mówisz- powiedziałam kładąc na blacie kubek, specjalnie sięgając do najwyższej szafki po cukier (co mogło go zdziwić, bo zwykle nie słodzę). - Może cukru?- Oczywiście jak to na mnie przystało, musiałam palnąć coś głupiego. On niespodziewanie odwrócił mnie do siebie i namiętnie pocałował. Byłam zaskoczona, próbowałam się wyrwać, lecz po chwili z równą żarliwością oddawałam jego pocałunki. Rozległ się brzdęk tłuczonego szkła. Sergio uniósł mnie delikatnie i nie przestając mnie całować posadził mnie na blacie, po czym zaczął rozdzierać koszulkę w którą byłam ubrana, i która oddzielała nas od siebie.Byłam na siebie wściekła, że ją w ogóle ubrałam. Oczywiście on musiał mieć na sobie te przeklęte, obcisłe jeansy, które tak świetnie na nim leżały. I jak teraz zdołam to zatrzymać? Zsunęłam się z blatu z Sergio, który się do mnie uczepił niczym pijawka. Nieprzyzwoicie przystojna i seksowna pijawka.

          Nie! Stanowczym ruchem odsunęłam się od niego. On spoglądał na mnie z tym swoim nieprzyzwoitym, leniwym uśmiechem na ustach. (Kim jesteś i co zrobiłeś z Ramosem? W sumie nieważne. Jeśli go porwałeś przetrzymuj go nadal.) Zamyśliłam się, przez co przy próbie cofnięcia się i ucieczki przewróciłam lampę. Przywarłam do ściany. On podszedł i odsunął niedbale przewrócony mebel, nieoczekiwanie złapał moje nadgarstki i unieruchomił mi je tuż nad głową. Odchyliłam głowę, pozwalając by dłoń Sergio delikatnie muskała mój policzek. On przyciągnął mnie do siebie bliżej, po czym brutalnie założył 
moją nogę na swoje biodro. Było to silne a zarazem tak cudownie słodkie. Poczułam że mogłabym polubić te zwierzęcą wersje mojego mężczyzny, który w międzyczasie uwolnił na chwilę me dłonie. Bez chwili namysłu schyliłam się i wymknęłam z jego uścisku, przemykając pod jego ramieniem. Spojrzałam na niego. Cały kipiał z pożądania. Przesunęłam kusząco palcem po dolnej wardze (podchwyciłam ten trik z pewnej beznadziejnej komedii romantycznej, do której obejrzenia zmusił mnie ten idiota).
Idąc tyłem wpadłam na stolik do kawy, który upadł tuż pod jego nogami. On zdawało się tego nie zauważył, bo mim  tego szedł na przód i wpadł prosto na mnie wbijając mnie tym samym z impetem w kanapę. 

          Usłyszałam coś na kształt kroków dobiegających od strony sypialni. Przecież ja i on jesteśmy tu, więc kto to może być? - pomyślałam, nie sądząc, że zagadka tak szybko się wyjaśni. Zza drzwi wyłoniła się Daniela. Podeszła do nas stanowczym krokiem, po czym powiedziała, a właściwie krzyknęła:
          -Przepraszam bardzo co tu się wyrabia? Nie wiem czy wiecie, ale ktoś tu próbuje usnąć! Dlaczego ciocia jest prawie naga? I co się śmiejesz wujku? Ja... ja powiem wszytko babci!
- skończywszy monolog tupnęła nogą i jak gdyby nigdy nic poszła z powrotem do sypialni Sergio, pomrukując coś po drodze.  Przez moją głowę przewinęło się tysiące myśli. Przyznam, że nie spodziewałam się usłyszeć czegoś takiego z ust pięciolatki. Taki wstyd. A co, jeżeli ona rzeczywiście to komuś wygada? Z drugiej strony, pewnie nawet nie jest świadoma tego co wyprawiam z jej wujkiem nocami. A w ogóle to co ona tu robi? Czy jej rodzice o tym wiedzą? Kto jej pozwolił tutaj nocować? - Ostatnie 3 pytania wypowiedziałam na głos, po czym spojrzałam na Sergio. Nie odezwał się, lecz po jego minie można było wywnioskować, że jest tak samo speszony i zdziwiony jak ja, a może nawet bardziej. Niewiele myśląc poszliśmy do niej, zażądać wyjaśnień. Na szczęście jeszcze nie spała.


           -A więc może wyjaśnisz nam moja panno co tu robisz!- krzyknął do niej Sergio. Widziałam jak jest nabuzowany, więc objęłam go, tym samym dodając mu otuchy (i trochę dlatego, żeby ukryć moje, bądź co bądź, prawie roznegliżowane ciało).
          -Kochanie spokojnie. Nie krzycz na nią.- powiedziałam, po czym usiadłam na łóżku obok nieźle wystraszonej Danieli. Swoją drogą czy ja naprawdę powiedziałam do niego 'kochanie'?-Danielko powiedz mi, czy Twoi rodzice wiedzą, że tu jesteś?
          -Oj ciocia oczywiście, że wiedzą. Wujek Sergio przecież się zgodził, żebym tu została. Tatuś pytał dwa razy czy to nie będzie dla was kłopot, a wujek powiedział, że nie.- popatrzyłam na Sergio. Z jego twarzy można było tak wiele wyczytać. Musiał czuć się ogromnie zaniepokojony słowami małej.
          -Sergio, czy to prawda?- spytałam ze stoickim spokojem, lecz w środku się we mnie gotowało. Jak on mógł się na to zgodzić nie informując mnie o tym? No jak?
          -Tak. Chyba tak. Nie pamiętam.-miałam ochotę na niego nawrzeszczeć, ale chyba nie powinnam przy dziecku. Nie dam jej odczuć, że jej wujek jest idiotom, który zgadza się bezmyślnie na wszystko.
          -Tak wujku powiedziałeś. Nawet jak z Tobą przez telefon rano rozmawiałam to się zgodziłeś, żebym została na tydzień. - no tak, to tłumaczy dlaczego w pokoju jest różowa walizka oraz dlaczego ona leży przebrana w piżamkę.
          -A dlaczego skarbie nie poprosiłaś o kolację, tylko zamknęłaś się w sypialni?-zapytałam, przybliżając się do dziewczynki. Widziałam, że potrzebuje ciepła i opieki. A może to ja potrzebowałam jej bliskości? Sama już nie wiem.
          -Oj, bo trochę się bałam. Nie pytaj czego, bo i tak Ci nie powiem, ale u was to chyba jakieś duchy są.- nie wiem co miała na myśli, niemniej jednak chyba nastraszyła tymi duchami Ramosa.
          -Spokojnie, nie ma czego się bać. Jak chcesz ja i wujek zaczekamy z Tobą, aż uśniesz. Jutro porozmawiamy- powiedziałam całując ją w czółko. Ona tylko kiwnęła głową, a Sergio położył się koło nas. Leżeliśmy tak w trójkę, dopóki mała nie usnęła, a ja w tym czasie zastanawiałam się, czy właśnie tak wygląda szczęśliwa rodzina.


***
I jest już siódmy rozdział. Mam nadzieję, że tym razem długość się podoba ;) Po raz kolejny bardzo bym chciała podziękować Karolinie, bez której nie powstałaby znaczna część rozdziału.
Proszę o szczere komentarze. 

sobota, 6 kwietnia 2013

Rozdział 6


Data,  godzina, itd.
Drogi Powierniku!

          Byłam z Ramosem na weselu i nie wiem czy się cieszyć z przebiegu wydarzeń, czy spalić ze wstydu za jego zachowanie. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony po raz pierwszy od dłuższego czasu jestem szczęśliwa, z drugiej... Chyba już nigdy nie spojrzę w oczy Dolores. Ale chyba było warto.

          Nie wiem jak to się stało, że zgodziłam się pójść na tę imprezę. Może sprawiła to wizja przygód z Sergio pod wpływem alkoholu, a może po prostu urok osobisty piłkarza, nie mniej jednak zdecydowałam się pójść. Oczywiście nie obyło się bez kłótni o moją sukienkę. Dlaczego? Otóż mój metroseksualny chłopak, który (wstyd się przyznać) bardziej zna się na modzie niż ja wymyślił sobie sukienkę do flamenco. Tak. Miałam pójść na wesele w sukience do flamenco. Wydaje mi się, że mój wybuch śmiechu oznajmił Sergio co myślałam o jego pomyśle, bo po chwili pojechaliśmy na zakupy. I powiem Ci jedno: to był pierwszy i ostatni raz, gdy pojechałam z nim na zakupy. To był koszmar. Zjeździliśmy pół Madrytu za jedną głupią sukienką, a wróciliśmy z pełnym bagażnikiem ciuchów i... bez sukienki. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że 3/4 ubrań, które kupiliśmy to ubrania dla Sergio. Ja kupiłam sobie jedynie leginsy i kilka T-shirtów. W dodatku ten idiota wtargnął mi do przymierzalni. Taki wstyd! Żeby jeszcze zrobił to dyskretnie, po ludzku. Ale nie, on musiał zamaszyście odsłonić zasłonkę i wszyscy ludzie, którzy byli w sklepie widzieli mnie w samej bieliźnie. No ale wróćmy do sukienki. Ten pajac postawił mnie przed faktem dokonanym i na weselu byłam w kreacji zakupionej przez jego siostrę Miriam (która tak nawiasem mówiąc nie wygląda na jego siostrę, może dlatego, że niegłupia z niej babka). Przyznam szczerze, że nie wyglądałam źle. Ba, powiem więcej - do twarzy mi w błękicie. Ubrawszy do niej 15-centymetrowe, czarne szpilki nie prezentowałam się fatalnie przy, jak zawsze, idealnym Sergio. Jedyną jej wadą, jak się później okazało, była długość, ale o tym zaraz.

          Nie wiem co myśleć o pewnej sytuacji, jaka miała miejsce podczas ceremonii. W sumie nie ma już o czym myśleć, bo sytuacja ta przyniosła nieodwracalne, aczkolwiek niezwykle przyjemne skutki. Otóż po, o dziwo punktualnym, przybyciu na ceremonię, przywitaniu się ze wszystkimi itd. wszyscy zaczęli powoli zajmować miejsca. Ja nawet nie zauważyłam, że idę z Sergio za rękę. Za bardzo zajęta byłam podziwianiem tych pięknych dekoracji i próbą chodzenia w szpilkach. Nie do wiary, że zwykły ogród można przemienić w takie cudo ! Na środku ogrodu był "dywan" z płatków białych róż. Po obu jego stronach ustawione były białe krzesła, przyozdobione dodatkowo kwiatami. Ogólnie wszystko wyglądało tak... tandetnie i romantycznie, ale na swój sposób pięknie. A może to mój partner tworzył wokoło iluzję piękna... Nie umiem teraz tego ocenić. W każdym razie nie skupiajmy się tu na walorach wizualnych, a na wydarzeniach jakie miały miejsce. Usiedliśmy z Sergio w ostatnim rzędzie i przez pierwsze 15 minut staraliśmy się sprawiać wrażenie, iż interesuje nas cała ceremonia. Po jakimś czasie on z szelmowskim uśmiechem położył mi rękę na kolanie. Speszona całą sytuacją pośpiesznie zabrałam jego rękę.Ale on nie odpuścił tak łatwo, i już po chwili znowu poczułam na swej nodze jego dotyk. Zaczynając od kolana, stopniowo "jechał" ręką coraz wyżej. Poczułam jak robię się cała czerwona. Próbowałam jakoś zabrać tę jego rękę, ale bezskutecznie. On w tym czasie zaczynał sobie coraz śmielej poczynać, gładząc wewnętrzną stronę moich ud. Byłam zaskoczona gdy poczułam jego dłoń przy krawędzi sukienki, spojrzałam na niego, on nie zaprzestawał i posuwał ręke coraz wyżej. Zaczerwieniłam się, a on,on... wyglądał jak gdyby nigdy nic! Siedział tam niewzruszony niczym posąg greckiego boga, a ja z przygryzioną wargą, cała czerwona i zakłopotana uciekałam wzrokiem. On jest okropny! Kto wie, jakby to potoczyło się dalej, gdyby nie fakt, że musieliśmy wstać. Z racji tego, że nie umiem chodzić na szpilkach, dla własnego bezpieczeństwa i poniekąd też przyjemności "oparłam" się o Sergio. Jemu najwidoczniej strasznie się to spodobało, bo musnął mój policzek swym kilkudniowym zarostem. Jego ręka z moich pleców przesuwała się coraz niżej i niżej... aż w końcu poczułam ją na swoim pośladku. Byłam zakłopotana. Zaczerwieniłam się lekko. No dobra, co Cię będę oszukiwać - byłam bardziej czerwona niż kartka z zeszytu Sergio, na której nauczycielka zaznaczała błędy ortograficzne. Usłyszałam jego namiętny głos "Udaj, że jest Ci niedobrze, to skoczymy gdzieś milej spędzić czas..." Poraz kolejny miałam ochotę go rozszarpać. Zamiast tego stanęłam mu obcasem na stopie, przez co się zachwiałam i wtuliłam mocniej w jego ramiona. Starałam się jakoś opanować, bo nie chciałam, aby ktokolwiek zauważył jak reaguję na jego dotyk.

          Reszta ceremonii odbyła się bez większych incydentów, bo pozwoliłam mu pobawić się moimi loczkami (tak, ja miałam loczki, też się sobie dziwię). Nawet przy składaniu życzeń parze młodej nie popełnił żadnej gafy, co bardzo mnie zdziwiło, zważywszy na to jaką "przemowę" przygotował sobie w domu. Nawet podczas tańca zachowywał się w miarę przyzwoicie, tylko od czasu do czasu łapiąc mnie za tyłek. Ale Sergio to Sergio, wiadome więc było, że spokój nie potrwa długo. O północy przyszedł czas na oczepiny - panna młoda miała rzucać swym okazałym bukietem. Wszystkie panny (naturalnie oprócz mnie) ustawiły się w kółku, a ja prawie zostałam tam wepchnięta przez mojego chłopaka. Gdy, piąty raz tłumaczyłam mu dlaczego tam się nie ustawię, myślałam że odpuści. Nie odpuścił. Poszedł tam i sam złapał dla mnie ten bukiet. Zdenerwowałam się i wyszłam na zewnątrz, lecz szybko wróciłam, bo było bardzo zimno. Żeby się ogrzać założyłam jego marynarkę. Napiłam się drinka, potem kolejnego, i kolejnego. Wtedy powoli zaczęła przechodzić mi złość. Porwałam go na parkiet i przetańczyliśmy pół nocy. Czułam się jak wtedy na wieczorze panieńskim. Znowu dałam ponieść się emocjom i znowu tego żałuję. Czy moje życie już zawsze tak będzie wyglądać?


*********
Przepraszam, że tak późno, ale dopadł mnie kryzys twórczy. Ten rozdział nie powstałby, gdyby nie Karolina, Weronika i Agata, którym bardzo dziękuję za pomoc. Liczę na szczere komentarze.

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 5

Kolejna data... to i tak bez sensu


        Drogi Powierniku !


         Niech mnie ktoś zabije. Niech mnie ktoś zabije, bo dłużej już nie wytrzymam. Dlaczego ja go nie wyrzuciłam z domu jak była ku temu okazja? Hmmm... może dlatego, że jestem pierdoloną altruistką i myślę tylko o innych. I tradycyjnie to się źle dla mnie skończyło. A mój "chłopak" może czuć się trupem. Jak tylko wytrzeźwieje.
       
           Co się stało? Otóż mój najukochańszy "chłopak" po trzech dniach mieszkania razem (tak, wiem, miałam go wyrzucić następnego dnia rano, ale nie potrafiłam) postanowił zorganizować imprezę dla najbliższych znajomych. Nic bym w tym strasznego nie było, gdyby nie to, że on ma około 100 najbliższych znajomych. A ja nie mam już m.in. telewizora. On jest po prostu bezczelny. Obiecałam dać mu szansę, a on ją zmarnował. Najgorsze jest to, że pomimo tego, iż mam ochotę go zabić nie zmienia to moich uczuć do niego. Tak, ja coś do niego czuję. Tak, jest to nienawiść, ale Ty pewnie nazwałbyś to miłością. Powiedz mi jak to się stało, że się tak wkopałam? Jak to się stało, że zaczynam mieć coś na kształt uczuć? I najważniejsze: POWIEDZ MI, DLACZEGO ZACZYNA MI SIĘ TO PODOBAĆ?!

           Z dnia na dzień dzieją się ze mną coraz gorsze rzeczy. Pozwoliłam "rozbić" skorupkę, w której kryłam się przed światem. W ciągu czterech dni z pozornie silnej osoby stałam się słabsza niż kiedykolwiek. W ciągu czterech dni uzależniłam się od jego obecności. I po co mi to było? Przynajmniej jedna rzecz się nie zmieniła - dalej wmawiam wszystkim (z sobą na czele), że nie chodzę z Sergio i że on nic dla mnie nie znaczy. Popadam w paranoję. Chęć uwierzenia, że jest tak jak twierdzę przysłania mi już wszystko. I mimo, że niby przyznałam się przed Tobą, że jest inaczej, nie zmieniło to mojego myślenia. Ja wiedziałam, że uczucia nie niosą z sobą nic dobrego. Gdyby ktoś przyszedł do mnie, jako do psychologa z takim problemem  w mig znalazłabym rozwiązanie. Dlaczego więc nie potrafię poradzić sobie z własnymi problemami? Dlaczego w ciągu tych czterech dni aż pięć razy płakałam? Powoli staję się cieniem samej siebie. Powoli uzależniam się od obecności Sergio w moim życiu. Powoli szukam w sobie siły, żeby mu to powiedzieć. Powoli zaczynam tego żałować. Dlaczego robię wszystko powoli? Bo nie mam siły! Bo jestem słaba! Bo do problemów prywatnych doszły zawodowe. Bo nie umiem pracować z młodzieżą. Bo na samą myśl o kolejnym dniu, o kolejnej chwili zaczynam się bać. Bo potrzebuję się do kogoś przytulić. Bo wszystko straciło sens. Bo liczy się tylko on...

           Wczoraj prezes wziął mnie na dywanik. Okazało się, że tak bardzo podoba mu się jak radzę sobie z pierwszym zespołem (musi chyba mocniejsze okulary zakupić), że mam robić to samo w Castilli. Ale to nie wszystko- mam opracować test sprawdzający, czy dany zawodnik nadaje się do gry w pierwszej drużynie. Ciekawa jestem jak to zrobię, skoro nie mam nawet siły o tym myśleć. Nie nadaję się też do pracy z drugą ekipą. Nie potrafię patrzeć na ich ciężką pracę ze świadomością, że 90% z nich nigdy nie zagra w pierwszej drużynie. Oni tak  bardzo się starają, za te koszulkę, za ten klub są gotowi oddać życie. A czasami są po prostu za słabi na pierwszą drużynę. Nie bójmy się tego stwierdzenia. Real Madryt to klasa sama w sobie. Najbardziej boli mnie to, że nie wszyscy są za słabi. Mamy przecież w szkółce tyle perełek, które obecny trener zaniedbuje. Dlaczego nic z tym nie zrobię? A co ja mogę? Trener mnie nienawidzi (z wzajemnością). Gdyby nie "słabość" prezesa co do mojej osoby, już dawno bym straciła pracę.

          Znowu płaczę. Teraz nawet się z tym nie kryję. Ponoć to ludzkie. Z drugiej strony wszystko, co ludzkie jest mi obce. Bynajmniej zwykle tak twierdziłam. Czy teraz tak twierdzę? Teraz sama nie wiem, co twierdzę. Tak bardzo bym chciała, żeby to był zwykły koszmar. Żebym po obudzeniu się nic nie pamiętała. Żeby powróciła silna Francesca. Żebym przestała tęsknić za obecnością Sergio. Żeby Cesc się na mnie nie fochał. Żeby chłopaki byli tacy jak dawniej. Wiem, dużo wymagam. Za dużo. Tylko moja bezsilność mnie przeraża. Przeraża mnie fakt, że jedyne czego pragnę to przytulić się do Sergio. To ostatnie, gdybym tylko wyraźnie okazała, otrzymałabym w nadmiarze. Czy tak ma dalej wyglądać moje życie? Czy dalej będzie ono groteskowe? Czy kiedykolwiek wszystko się ustabilizuje? Mam już dość "niespodzianek". Chcę tylko spokojnego życia. Najlepiej u boku Sergio. Ja się chyba kurwa mać zakochałam! A tak bardzo nie chciałam do tego dopuścić. A tak bardzo chciałam tego uniknąć. I to wszystko przez ten głupi wieczór panieński! A teraz w sobotę jest ślub. Miałam nie iść, ale Sergio nie odpuści imprezy. Na samą myśl, że tańcząc, będę w jego ramionach chce mi się rzygać od tej słodkości i cudowności. To takie kurwa mać romantyczne. Tak romantyczne, że aż mdłe. Ale właśnie tej romantyczności potrzebuję.

           Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że jedno moje zdanie zaprzecza drugiemu. Że chcę czegoś innego niż robię. Dopuściłam do głosu podświadomość. Wyszło na jaw, że nie jestem silna z natury, tylko to była cecha nabyta Wyszło na jaw, że nie jestem samowystarczalna. Wyszło na jaw, że ja też mam problemy. Jak z powrotem to ukryć? Co musi się wydarzyć, żebym znowu była silna? A może stanę się silniejsza, gdy poczuję, że ktoś mnie kocha? Jeżeli tak, to szybko się to nie stanie. Jeszcze nie znalazł się taki desperat, co byłby w stanie mnie pokochać. Sergio chodzi tylko o seks, nie oszukujmy się. Jest jeszcze Cesc, z którym też nic prócz seksu praktycznie mnie nie łączy. Jeżeli by na to spojrzeć szerzej, moje życie sprowadza się do pomagania teoretycznie słabszym i seksu. Jestem strasznie ograniczona, mimo, iż chyba nie wyglądam. Jestem naprawdę beznadziejna. Dlaczego więc wcześniej myślałam, że jest inaczej? Głupia byłam i tyle. Dobra, czas wziąć się w garść, bo zaraz Sergio się obudzi. A czego jak czego, ale przyjemności wynikającej ze krzyczenia na niego sobie nie odmówię.

piątek, 8 lutego 2013

Rozdział 4


Kolejna data, godzina i miejsce.

Drogi powierniku!

          Jestem tak wściekła, że nie wiem czy zdołam dokończyć opisywanie sytuacji. Mam "chłopaka". I to jakiego! Zawsze narzekałam na samotność, ale po stokroć wolałabym to od NIEGO. Ja go przecież tak bardzo nienawidzę! A bynajmniej chciałabym nienawidzić... Oj bo sama już nie wiem, jak to ze mną jest. Z jednej strony działa mi na nerwy, a z drugiej skoro już jest... to dobrze, że jest. Powinnam się zdecydować, czy go nienawidzę czy nie. A nienawidzę go tak bardzo, że... Pamiętasz to wcześniejsze wyznanie, iż miłość jest tylko silniejszą formą nienawiści? To sam sobie dopowiedz jak bardzo go nienawidzę. Jejku co ja wypisuję... Jak on mnie omotał... W dodatku dokonał czegoś, czego nie był w stanie dokonać nikt inny, ale może wszystko po kolei.

          Nie chce mi się przytaczać dokładnej końcówki naszej wcześniejszej rozmowy, ale generalnie chodziło o to, iż on uparł się, że jesteśmy parą, bo wyczytał tak w gazecie. I w tym momencie nasunęła mi się refleksja "od kiedy on umie czytać?". Jako, że cała rozmowa odbywała się w progu zaprosiłam go do domu, bo mi się zimno nieco zrobiło. Przeprosiłam go na chwilkę i poszłam wysuszyć włosy. Gdy wróciłam, on rozsiadł się wygodnie na kanapie, podjadając moje ciasto. Do treningu mieliśmy jeszcze dwie godziny, więc postanowiliśmy wyjaśnić sobie kilka spraw. Ta rozmowa nie przyniosła żadnych konkretnych korzyści, a wręcz odwrotnie. Sergio tak się "zapalił" z tymi czułymi słówkami, że nazwał mnie "Różyczką". I wtedy coś we mnie pękło. Do oczu napłynęły mi łzy, po raz pierwszy od prawie dwóch lat zaczęłam płakać. Przypomniał mi się tata, który zawsze mówił, że jestem jego Różyczką. Pamiętam jak zawsze mnie to wkurzało, bo nigdy nie lubiłam takich pieszczotliwych określeń. Siedziałam przed Sergio ze łzami w oczach i miałam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Chciałam, żeby mnie przytulił, czy coś, a on tylko siedział nieruchomo, wpatrując się we mnie tymi cudnymi oczami. (Chyba naprawdę coś się ze mną dzieję, skoro komplementuję tego pajaca.) Po kilku minutach, gdy przeszło mi na tyle, że mogłam już spokojnie się wytłumaczyć z tej chwili słabości, on ocknął się z transu, podszedł do mnie i objął mnie. Skorzystałam z okazji i wtuliłam się w niego mocno. Zaciągałam się jego zapachem jak pojebana. Przy nim czułam się tak bezpiecznie... Mogłam choć na chwilę przestać być silna, poczułam się jak mała, zagubiona dziewczynka, którą przerosło życie. Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy i musieliśmy jechać na trening. Podziękowałam mu za wszystko, zaznaczając przy tym, że jednak bądź, co bądź parą nie jesteśmy. Jak zwykle mnie nie posłuchał i wpakował do swojego auta. "Pięknie, teraz na pewno powiedzą, że jesteśmy razem"- pomyślałam, po czym usiadłam skulona na przednim siedzeniu. Dobrze, że przynajmniej o strój dbać nie musiałam - ubrana byłam w treningowe dresy i koszulkę z numerem 4. Zaraz, zaraz... z numerem 4? Nie zwróciłam wcześniej na to uwagi, ale Sergio najprawdopodobniej podmienił koszulki... Ja go zabiję! Jak tylko skończę to opisywać.

          Całą drogę na trening przesiedziałam skulona, patrząc w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Docierały do mnie poszczególne dźwięki, lecz ignorowałam wszystkie za wyjątkiem tych, które wydobywały się z ust Sergio. Chyba wpadłam. Najprawdopodobniej znienawidziłam go najbardziej jak tylko się da. Chociaż wiem, że on sobie pewnie ze mnie jaja robi... Dotarliśmy do Valdebebas, gdzie przywitały nas "tłumy z aparatami". Teraz to już na pewno się nie wymigamy- jutro cały świat obiegną zdjęcia jak wysiadam z jego samochodu. Jemu widocznie to nie przeszkadzało, bo próbował złapać mnie za rękę.
          - Pamiętaj o naszej rozmowie- warknęłam do niego, po czym odsunęłam się od niego na odległość 10 kroków. Z liścia dałam mu już w budynku, żeby nie wywoływać skandalu. Jak już wspominałam, nie lubię być w centrum zainteresowania. Wystarczy, że chłopaki z drużyny mają nas za pełnoprawną parę. Tylko Rafa mi wierzy, tylko on rozumie, że jest inaczej. Tak więc całą godzinę próbowałam przetłumaczyć gwiazdeczką, że nadal jestem singielką. Na pewno nie pomagał mi w tym Sergio, zaprzeczając wszystkiemu, co mówiłam. Zmarnowaliśmy tylko czas, który miałam poświęcić na zacieśnienie więzi pomiędzy nimi.

           Z racji tego, że nie przyjechałam swoim samochodem musiałam czekać 2 godziny, aż Sergio skończy sesję na siłowni i odwiezie mnie do domu. Teraz, żałuję, że nie zamówiłam taksówki. Po treningu przywiózł mnie do domu, wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że on... postanowił ze mną zamieszkać, a ja nawet nie miałam siły, żeby mu odmówić. Postanowiłam, że jutro porządnie go zjebię. Nie minęła godzina odkąd się "wprowadził" a już czuł się w pełni jak u siebie (swoją drogą-wstyd mi, że to piszę- mógłby częściej chodzić bez koszulki, bo co jak co, ale ciało to on ma nieziemskie). Jego uwagę przykuła niby zwykła kartka papieru oprawiona w ramkę, wisząca nad kominkiem. Był to "akt ślubu", który zawarłam z Cesciem na koloniach. Tak, "wyszłam" za  TEGO Cesca, Cesca Fabregasa. Dzieci nie mieliśmy, choć nie powiem, że nie próbowaliśmy. To właśnie jemu oddałam to, co mam najcenniejsze i nie żałuję tego. Do tej pory się przyjaźnimy, może nie tak jak kiedyś, ale zajmuje on ciągle miejsce w mym sercu. Zawsze wszyscy się z nas, śmiali, bo wiesz Cesc i Cesca to tak śmiesznie brzmi, a my już od lat 7, gdy się spotykamy, jesteśmy praktycznie nierozłączni. Obok "aktu ślubu" wisiała fotografia z tegoż ślubu. Ja, w domowym stroju Realu,  on w stroju Barcelony. Byliśmy idealnym przykładem na możliwość przyjaźni "Culé" i "Merengue". Co ja piszę, jakie "byliśmy", do tej pory jesteśmy. Odkąd Cesc znowu gra w Barcelonie, mamy taki swój tajny rytuał przed każdym GD, nie powiem Ci o co w nim chodzi, ale powiem, że są to dłuuuuuuugie noce. Z resztą tak samo jest na zgrupowaniach, gdzie ostatnio przeżyliśmy ciekawą hmmm... "przygodę". Ale o niej opowiem później, bo muszę pościelić Sergio w gościnnym. Do sypialni go przecież nie wpuszczę, bo kto wie jak to się skończy. Nie, żebym tego nie chciała, ale boję się, że któreś z nas (Sergio) odbierze to jako przypieczętowanie "związku", którego nie ma. Jeszcze nie ma...

czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 3

Kolejna data. Kolejna godzina. Tym razem inne miejsce

Drogi Powierniku !

          Nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust. Przysięgam. Tym razem serio. Zawsze moje "libacje" źle się dla mnie kończyły, ale nigdy nie aż tak źle. Coś czuję, że do końca życia popamiętam tę imprezę. Czuję się taka... nie potrafię tego określić. Może, gdy opowiem Ci wszystko od początku dojdę do ładu i składu z moimi emocjami. A zaczęło się to tak...

          Odstawiona jak szczur na otwarcie kanału, oczywiście spóźniona dotarłam w końcu na miejsce. Myślałam, że Dolores wynajmie cały klub, lecz ona pokusiła się "tylko" o lożę dla VIP-ów. Już na wejściu skupiłam na sobie wzrok kilku mężczyzn. Właśnie o to mi chodziło, dlatego ubrałam się tak a nie inaczej. W czarnej, skórzanej mini i złotym gorsecie prezentowałam się świetnie (nie moje słowa). Całości dopełniały fioletowe szpilki i srebrna torebka. Prawie całkowicie zrezygnowałam z biżuterii, założyłam jedynie mój ulubiony naszyjnik z koroną. Po miłym przywitaniu z dziewczynami i krótkich ploteczkach wyruszyłyśmy na parkiet. Pierwsze 2 piosenki przetańczyłyśmy razem, potem każda z nas znalazła swojego partnera. Mój był wysoki, umięśniony i miał czarujący głos. Nie dowidziałam rysów twarzy, bo wtedy na pewno domyśliłabym się, że to ON. Przetańczyliśmy kilka piosenek, po czym poszliśmy czegoś się napić. Nawet nie zauważyłam, gdy z jednego drinka zrobiło się siedem. Mój organizm nie przyjął tego za dobrze, tak więc każda próba odejścia od baru kończyła się zawrotami głowy. Piłam coraz więcej, a ostatnie co pamiętam to to, że mój przystojniacha obiecał, że po imprezie odwiezie mnie do domu. Nie odwiózł mnie do domu, a wręcz zabrał do hotelu, gdzie rankiem przeżyłam piekło.

          Obudziłam się w ekskluzywnym hotelu, okryta jedynie prześcieradłem i przytulona do Ramosa. Próbowałam wstać, lecz kac morderca nie odpuścił i szczytem moich możliwości było podniesienie się do pozycji siedzącej. Rozejrzałam się po gustownie urządzonym pokoju. Wszędzie walały się moje i jego ubrania.  -Ja...on...wczoraj...Boże...- pomyślałam, po czym jeszcze szczelniej owinęłam się prześcieradłem. Przez moją głowę przewinęło się tysiące myśli. Próbowałam sobie przypomnieć co się wczoraj działo, ale film urwał mi się przy barze. Jak ja mogłam być tak głupia i nie zauważyć, że on to on. Przecież ten głos... Ja wiedziałam, że skądś go znam, że gdzieś już go słyszałam. Jak to się stało, że go nie rozpoznałam? Jak to się stało, że ja się z nim dobrze bawiłam. Przecież ja go nienawidzę! Muszę zapomnieć o tym, co się stało, ale przy nim to niemożliwe. Po co ja szłam na tę imprezę? Od początku wiedziałam, że to się nie skończy dobrze. Jestem beznadziejna.

          Jeżeli myślisz, że na tym historia się kończy to grubo się mylisz. To dopiero początek. Dzisiaj skoncentruję się na faktach. Muszę to z siebie wyrzucić. Uczuciami zajmę się kiedy indziej.
Zdołałam się jakoś zwlec z łóżka, ubrać się i dotrzeć do domu. Była godzina 12, więc do popołudniowego treningu miałam jeszcze sporo czasu. Próbowałam pozbierać myśli, biorąc gorącą kąpiel z moim ulubionym francuskim olejkiem. Tę czynność przerwał mi dzwonek do drzwi. Niespecjalnie się śpiesząc, ubrawszy się, poszłam zobaczyć kto mnie odwiedził. Widok tej osoby pod moim domem sprawił, że załamałam się do końca.
          -Witaj Słoneczko- chciał mnie pocałować, ale się odsunęłam. Po kiego grzyba on tu przyjechał? Cały mój w miarę znośny humor ulotnił się tak szybko jak zapach mego olejku. Ughhh! Jak ja go nienawidzę.
          -No cześć. Po pierwsze: nie całuj mnie. Po drugie : nie nazywaj mnie 'Słoneczkiem'. Po trzecie: czego chcesz? - odpowiedziałam w swoim stylu, czyli opryskliwie. Niech sobie nie myśli, że skoro po pijaku się z nim przespałam, to coś z tego wyjdzie. To była jednorazowa przygoda, jakich wiele.
          -Coś Ty kochanie taka chamska?- Ludzie trzymajcie mnie, bo myślałam, że go tam uszkodzę. Jakim prawem on nazywa mnie swoim kochaniem, ja się pytam?
          -Nie mów tak do mnie ! I nie chamska tylko normalna. - Tylko lata praktyki sprawiły, że zachowałam spokój.
          -Ale skarbie, skoro jesteśmy razem, to chyba naturalne, że będziemy się do siebie czule zwracać moja Kiziu-miziu. - W tym momencie przesadził. Że niby ja z nim razem? Ktoś tu nadużywa alkoholu/narkotyków/innego cholerstwa (niepotrzebne skreślić). Aż się zapowietrzyłam!
          -Coś Ci się chyba pomyliło! Prędzej piekło zamarznie, niż my będziemy parą! - Wykrzyczałam. Przestałam się kontrolować. Ta informacja mnie dobiła. Przecież ja i on nie możemy być razem! Nie wytrzymałabym z takim idiotą! Nawet nie pamiętam czy jest dobry w łóżku!
- No ale zobacz, nawet w gazetach piszą, że jesteśmy razem...- pomachał mi przed oczami plikiem brukowców. Na okładce każdego z nich było nasze wspólne zdjęcie. Aż mi się niedobrze zrobiło. W ogóle dlaczego on próbuje potwierdzić swoją śmieszną teorię jakimiś gazetami? Naprawdę jest AŻ TAK głupi?!

        Muszę kończyć, bo zaraz czeka mnie "miła" rozmowa z tymi durnymi gwiazdkami. Resztę rozmowy, jak i dzisiejszy trening opiszę jak wrócę. Przepraszam...

czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 2

                                          Kolejna data. Kolejna godzina. To samo miejsce.

Drogi Powierniku !

          Mam już tego dość. Dłużej nie zniosę jego spojrzenia. Mam zamiar zrezygnować z tej pracy przez niego. Ten wzrok przeszywający mnie na wylot.... Mam wrażenie, że on chce mnie przejrzeć. Ale przecież on jest na to za głupi! Ja nie chcę nic sugerować, ale Sergio Ramos to najmniej inteligentna osoba jaką znam. Już nawet ten pajac Pepe jest mądrzejszy. I nie nazywa mnie słoneczkiem. Czy do cholery tak ciężko zrozumieć, że ja nienawidzę takich słodkich określeń? To takie 'romantyczne' a ja brzydzę się romantyzmem i tą całą sztucznością. Miłość nie istnieje, bynajmniej dla mnie. No bo spójrzmy prawdzie w oczy: kto mógłby pokochać kogoś takiego jak ja? 70 kilo żywej wagi przy wzroście 180cm, średniej długości czerwone włosy, zwykle niedbale związane w kitkę, do tego te oczy w kolorze błota... A na dodatek mój nieznośny charakter. Zbierając te wszystkie cechy do kupy, można dojść do wniosku, że osoby takiej jak ja pokochać się nie da. I ja właśnie to zrobiłam.

          Czasami zastanawiam się ile jeszcze jestem w stanie znieść. Przeżyłam przecież tak wiele, a każdy kolejny dzień przynosi nowe 'miłe niespodzianki'. Chciałabym mieć kogoś, kto byłby przy mnie zawsze
i wszędzie, komu mogłabym powiedzieć wszystko. Nigdy nie miałam takiej osoby i ciekawi mnie jak to jest mieć przy sobie kogoś takiego. Zwykle to ja byłam oparciem dla innych, w końcu to cel mojego życia. Ale ostatnio nie daję sobie rady ze swoimi problemami. To wszystko mnie przerasta. Chyba za dużo na siebie wzięłam. A może po prostu za bardzo przejmuję się słowami Ramosa...

          Chyba tracę wiarę w siebie. Determinację straciłam już dawno. Nic mi nie przynosi satysfakcji. W dodatku chyba zaczynam 'coś' czuć do tego głupka. Miłością tego nie nazwę, bo jak wcześniej wspominałam nie wierzę w to. To raczej taki szczególny rodzaj nienawiści. Owszem, działa mi na nerwy jak nikt inny i mam go dość, ale... nie umiem tego określić. Gdy go widzę jest mi tak jakoś... lepiej. Właśnie dlatego muszę ograniczyć nasze spotkania. Nie mogę się od niego uzależnić. A może nie chcę... Sama już nie wiem. Pogubiłam się już w tym, co robię, myślę, mówię i czuję. Może dlatego tak ciężko mi cokolwiek zdziałać? Chcę pomóc całemu światu, a przerastają mnie własne problemy. Nie jestem dobrym psychologiem. Może powinnam sobie zrobić mały urlop? Nie, to tylko pogorszy sprawę. Przecież ja nie wytrzymam bez chłopaków. Mimo tego, że tak często na nich narzekam, mimo tego, że działają mi na nerwy, to oni nadają sens memu życiu.

           Muszę przestać tak się nad sobą użalać. Dzisiaj idę na wieczór panieński. Nie lubię tego typu imprez, ale obiecałam znajomej, że przyjdę. Na ślub nie pójdę, bo nie mam z kim, więc przynajmniej na panieńskim się pojawię. Muszę się tylko jakoś pozbierać. Zapomnieć o tym, że jestem sama, że nikt mnie nie kocha, przywdziać maskę osoby zadowolonej z życia i się bawić. Ciekawe czy jeszcze pamiętam jak się to robi? Czy jeszcze potrafię skutecznie maskować mój ból? Nie chcę przecież psuć im zabawy swoimi żalami i humorkami. Może powinnam zostać w domu? Z drugiej strony nie chcę, aby się obraziła. Dzisiaj jest jej dzień, a ja nie mogę jej go zepsuć. Nie wybaczyłabym sobie tego. Fakt, nie jest mi ona szczególnie bliska, ale nie potrafię żyć ze świadomością, że kogoś zraniłam. Wystarczy, że ja cierpię...

          Żeby nie było zbyt kolorowo ta banda debili znowu prowadzi 'wojnę'. Przecież od dobra drużyny ważniejsze jest to, dlaczego Iker nie głosował na Ronaldo w Złotej Piłce. Nie zagłosował, to nie zagłosował. Koniec tematu. Niestety nie dla nich. Jak tak dalej pójdzie to ja się wykończę. Niektórzy piłkarze, ja nie chcę wymieniać z nazwiska, nie przepadają za mną tylko dlatego, że jestem Hiszpanką. Zdumiewające jak szybko oni zepsuli coś, nad czym pracowałam ponad rok. I weź tu się na takich nie wściekaj. Znowu będę musiała zaczynać wszystko od początku. Najgorsze jest to, że do nich już nic nie przemawia. Każdy z nich uważa siebie za tego najważniejszego, a młodzi są ślepo zapatrzeni w kapitanów. Przed kamerami zachowują się jak najlepsi przyjaciele, a gdy tylko znikną za drzwiami szatni są gotowi się pobić. I to mają być dorośli, odpowiedzialni ludzie, często głowy rodzin? Większość z nich (no dobra, chodzi mi o Ramosa) jest na poziomie intelektualnym przedszkolaka. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że nie tylko w naszym klubie tak jest. Moje skromne doświadczenie z reprezentacją, pozwoliło mi zaobserwować jak zmienia się ich zachowanie. No bo jak to jest możliwe, że reprezentacja jest faktycznie jedną, wielką rodziną, a po powrocie ze zgrupowań każdy z każdym się gryzie? Nie wiem, ale się dowiem. Być może to jest klucz do naprawienia relacji pomiędzy zawodnikami.

niedziela, 6 stycznia 2013

Krótki wstęp + Rozdział 1

Hej.
To moje pierwsze opublikowane opowiadanie, więc liczę na szczere opinie i komentarze. Opowiadanie ma formę bardzo osobistego pamiętnika, a bohaterów poznacie w miarę rozwoju akcji. 
Miłego czytania :)


*********************************************************************************

Data. Godzina, miejsce.

Drogi pamiętniku!

Nie, nie pamiętniku. Jestem za stara na prowadzenie pamiętnika. Może dzienniku? Na to jestem zbyt nieregularna. Powierniku? To chyba najlepsze określenie twej funkcji.  A więc zacznę od nowa.

Drogi powierniku!

Jestem osobą tak beznadziejną, że nie potrafię nawet wymyślić dla Ciebie nazwy. Pogubiłam się we własnych myślach, uczuciach, stwierdzeniach. Czuję, że nie jestem już tą silną Francescą, co kiedyś. Zmieniły mnie studia, praca, może pewna osoba… Nie wiem sama. Wiem tylko, że nie podobam się sobie w tej „formie”. Chcę powrotu dawnej mnie - osoby zimnej, chamskiej, nieczułej i przede wszystkim nieposiadającej jakichkolwiek uczuć.
 Posiadanie uczuć jest beznadziejne. Codziennie przekonuję się o tym wysłuchując tych durnych gwiazdeczek przekonanych, że są najlepsi na świecie. No dobra, może mają rację, ale nie muszą się z tym tak obnosić. Jeden z nich zatrudnił sobie własnego chłopca od piłek, którego główne zadanie polega na wychwalaniu jego zagrań., a podawanie piłek schodzi na dalszy tor. Inny zaś sypie „błyskotliwymi” tekstami, które bawią wszystkich oprócz mnie. Czyżby dlatego, że dotyczą mnie samej? Nie wiem. Nienawidzę tego piłkarza i tyle. Działa mi na nerwy jak nikt inny. Na jego nieszczęście trafił na godnego przeciwnika. Już nie raz udowodniłam, że długie blond włosy nie idą w parze z inteligencją. Może dlatego je ściął. Może myślał, że dzięki temu nie będę umiała mu dopiec? Jego niedoczekanie. Mi teksty nigdy się nie kończą. Niech to sobie zapamięta. Ja to się dziwię jak oni z nim wytrzymują po treningach. Ja pracuję z nimi godzinę dziennie i mam go dość. Czasem mam dość ich wszystkich. Ogólnie mam dość tej pracy. Dlaczego więc tak nalegałam na przyjęcie mnie na staż do Realu? Głupie pytanie. Kocham Real Madryt od małego, więc to logiczne, że gdy nadarzyła się okazja, aby poznać go od środka nie mogłam wybrać inaczej. Ale gdyby nie tata nigdy bym się nie zdecydowała na przyjęcie tej propozycji. To on zaraził mnie miłością do futbolu, miłością do Realu. On uczył mnie zasad piłki nożnej, a gdy zdecydowałam się na występowania w kadrze kobiecej zawsze przychodził na moje mecze. Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy zachorował.  Czerniak złośliwy kończyny dolnej. To zabrzmiało jak wyrok i to był wyrok. Przed śmiercią, tata powiedział mi, żebym zawsze walczyła o swoje, nigdy się nie poddawała i zaczęła patrzeć szerzej. Wtedy nie do końca rozumiałam te słowa, mimo, iż posiadam tytuł magistra psychologii. Teraz rozumiem. Muszę nauczyć się lepiej czytać między wersami. Wtedy odgadnięcie, dlaczego Casillas ma focha będzie dużo łatwiejsze. 
  Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy po raz pierwszy weszłam na Santiago Bernabeu nie jako kibic, a jako część sztabu. To było miesiąc po tym jak zaczęłam tu pracować. Miałam wyciągnąć z dołka drużynę, zjednoczyć piłkarzy, załagodzić konflikty. Na początku nie było lekko. Przychodziłam na treningi i miałam wrażenie, że oni nie są drużyną, tylko grupką piłkarzy, których zmuszają do gry razem. Każdy z nich uważał, że to on jest najlepszy, najważniejszy i cała gra powinna toczyć się wokół niego. Musiałam im tłumaczyć, że piłka nożna to gra zespołowa. Rozumiesz? Tłumaczyć zawodowym piłkarzom zasady gry w piłkę? Spędzałam z nimi długie godziny tłumacząc im jak ważna jest współpraca i wzajemne relacje. A ile przy tym nerwów straciłam to moje. Ale teraz jest już dobrze. Zdobycie przez nich tytułu ligowego i pobicie tak wielu rekordów pokazuje jak się zmienili. Teraz zachowują się jak jedna wielka rodzina, której poniekąd jestem częścią. Moja praca została również doceniona przez selekcjonera reprezentacji Hiszpanii. Musiałam jechać z nimi na Mistrzostwa Europy, bo jeden z piłkarzy powiedział, że przynoszę im szczęście. Ciekawi mnie jedynie kto to był.
Podjęłam się niemożliwego. Ale ja lubię takie wyzwania. Im gorszy problem tym dla mnie lepiej. Mogę wtedy poświęcić mu większą część siebie. Myśląc o problemach innych zapominam o swoich zmartwieniach. Nie lubię o tym myśleć. Nie lubię doświadczać siebie, jako OSOBY. OSOBY, która również ma jakieś pragnienia, chcenia, myśli i emocje. Żeby być szczęśliwą muszę współgrać z tym, co przeżywają inni. Nie lubię traktować się, jako OSOBĘ. Ja nie jestem kimś, kto choć żyje z innymi, jest od nich odosobniony. Moje szczęście jest uzależnione od szczęścia innych. Taka jest prawda. Bolesna prawda.
Może powinnam się zmienić. Przestać zamartwiać się innymi i skupić na sobie. Na nowo odkryć w sobie uczucia. Może wtedy widok szczęśliwej, zakochanej pary nie przyprawi mnie o mdłości. Wyszłam z założenia, że miłość nie istnieje, dlatego, że sama tak naprawdę jej nie doświadczyłam. Nie chodzi tu o miłość rodzicielską czy braterską tylko o miłość do mężczyzny. O miłość wiążącą się z pożądaniem. No, bo spójrzmy prawdzie w oczy: wszyscy moi byli nie dawali mi tego, co potrzebowałam najbardziej.  Kiedyś sam orgazm nie wystarczał. Teraz jest nieco inaczej. Ale i tak gdzieś w środku mnie jest to pragnienie miłości. Fakt, silnie tłumione przez nienawiść, ale jest. Od czasu do czasu nawet się uaktywnia. Wtedy zwykle staram się nie dopuścić go do głosu, zignorować je. Gdybym postąpiła inaczej zburzyłabym to wszystko, nad czym tyle pracowałam. Boję się, że nie byłabym już tak silna jak teraz, że wszystko by mnie przerosło.
Musiałam szybko dorosnąć. Mamę straciłam w wieku czterech lat. Powiesiła się zostawiając mnie jedynie z tatą, który sam był jak duże dziecko. Teoretycznie miałam gdzieś dwie babcie a w praktyce nie znam ani jednej, ani drugiej. Teraz, odkąd tata nie żyje jestem zdana tylko i wyłącznie na siebie. Owszem, wpoiłam chłopakom, że wszyscy jesteśmy „jedną, wielką rodziną”, ale… Czasem żeby osiągnąć efekty trzeba powiedzieć coś, co nie do końca jest prawdą. Ja nawet nie pasuję do ich rodziny. Może i łączy nas miłość do Realu czy ogólnie do futbolu, ale ja… ja nie jestem popularną osobą. Mnie to nie kręci. Dlatego zawsze, gdy zapraszają mnie na konferencje prasowe, odmawiam im. Wolę skupić się na tym, co mam do zrobienia. Muszę sprawić, aby ich więzy jeszcze bardziej się zacieśniły. To jest mój cel.